przecinamy czerwoną Ibizą wzdłuż ulicy Madalińskiego
mijamy szpital profesora Chazana,
cały mieni się na czerwono, podświetlony reflektorami
mówię do M.: - PATRZ. tu się urodziłam
M.: - w tym burdelu?!
/ nawet nie wiedział jak bardzo miał racje
aberracje&frustracje
Aberracja (łac. ab – od i errare – błądzić, także aberratio – zabłąkanie się, zbłądzenie) – odchylenie, zboczenie, np. od normalnego stanu, zachowania, przyjętych norm postępowania, sposobu myślenia czy też działania jakiegoś urządzenia. Odstępstwo od normy lub zasady. Frustracja - znasz to.
czwartek, 15 grudnia 2016
wtorek, 13 grudnia 2016
uczę się w szkole mody, fachu, który z nauką ma bardzo mało wspólnego;- bycia gwiazdą.
social media, wzajemne komplementowanie się, budowanie relacji, które mogą potem przełożyć się na sukces zawodowy - tego muszę wysłuchiwać przez ostatnie pół roku od, pożal się boże, bizneswoman, która jako projektantka sukcesu zawodowego nie zbudowała.
i jak się okazuje, co dalsze moje smutne życie zweryfikuje pojawia się bardzo uniwersalna teza w branży: prawda jest bezużyteczna, nie opłaca się być szczerym - takie jest zdanie osób sukcesu.
OK. przyznam się: boli mnie przebywanie w tym zakłamanym środowisku, przeklinam wręcz dzień w którym postanowiłam, że nie chcę zmarnować młodzieńczego zapału na edukację rzeczy bliżej nieokreślonych i nie interesujących mnie, na rzecz czegoś atrakcyjnego, barwnego [jak się wtedy wydawało] - projektowania mody.
gap year jednak byłby lepszym rozwiązaniem.
T: "nie zawsze prawda nas wyzwoli"
[czuje się zdemaskowana. T widziała mnie nago? nawet jeśli napis w języku hebrajskim niewiele by jej powiedział. na żebrach mam wypisane mój dogmat 'prawda nas wyzwoli']
"nie opłaca mówić się prawdy"
[T jest psychologiem. właściwie była. myślę o jej obłudzie i byłych pacjentach. może ma racje. może nie warto mówić prawdy, komuś kto żyje kłamstwem]
tezę T zaraz podpiera przytoczona historia przez G:
podobno Karl Lagerfeld w jednym ze swoich wywiadów oznajmił, że szczerzy ludzie są zupełnie bezużyteczni. po co oni są? przyznał, że panicznie boi się ludzi bezwzględnie szczerych.
ale co to ma oznaczać: być względnie szczerym?
czy sukces zawsze oznacza bycie wyrafinowanym kłamcą pnącym się po kolejnych szczeblach sukcesu dzięki stworzonej przez siebie imaginacji własnej osoby i stosunków międzyludzkich?
jak można w ogóle patrzeć potem na siebie w lustrze?
żal mi ludzi, którzy nie żyją w zgodzie ze sobą i własnym sumieniem.
choć może na tym polega sukces
- na pogodzeniu się ze swoim zakłamaniem i zewnętrzną grą pozorów.
zapewne tak jest w tej niefortunnej branży.
cóż, ja od tego odstaje, więc wychodzę, na razie. tak właśnie smakują błędy: dramatem wewnętrznym.
social media, wzajemne komplementowanie się, budowanie relacji, które mogą potem przełożyć się na sukces zawodowy - tego muszę wysłuchiwać przez ostatnie pół roku od, pożal się boże, bizneswoman, która jako projektantka sukcesu zawodowego nie zbudowała.
i jak się okazuje, co dalsze moje smutne życie zweryfikuje pojawia się bardzo uniwersalna teza w branży: prawda jest bezużyteczna, nie opłaca się być szczerym - takie jest zdanie osób sukcesu.
OK. przyznam się: boli mnie przebywanie w tym zakłamanym środowisku, przeklinam wręcz dzień w którym postanowiłam, że nie chcę zmarnować młodzieńczego zapału na edukację rzeczy bliżej nieokreślonych i nie interesujących mnie, na rzecz czegoś atrakcyjnego, barwnego [jak się wtedy wydawało] - projektowania mody.
gap year jednak byłby lepszym rozwiązaniem.
T: "nie zawsze prawda nas wyzwoli"
[czuje się zdemaskowana. T widziała mnie nago? nawet jeśli napis w języku hebrajskim niewiele by jej powiedział. na żebrach mam wypisane mój dogmat 'prawda nas wyzwoli']
"nie opłaca mówić się prawdy"
[T jest psychologiem. właściwie była. myślę o jej obłudzie i byłych pacjentach. może ma racje. może nie warto mówić prawdy, komuś kto żyje kłamstwem]
tezę T zaraz podpiera przytoczona historia przez G:
podobno Karl Lagerfeld w jednym ze swoich wywiadów oznajmił, że szczerzy ludzie są zupełnie bezużyteczni. po co oni są? przyznał, że panicznie boi się ludzi bezwzględnie szczerych.
ale co to ma oznaczać: być względnie szczerym?
czy sukces zawsze oznacza bycie wyrafinowanym kłamcą pnącym się po kolejnych szczeblach sukcesu dzięki stworzonej przez siebie imaginacji własnej osoby i stosunków międzyludzkich?
jak można w ogóle patrzeć potem na siebie w lustrze?
żal mi ludzi, którzy nie żyją w zgodzie ze sobą i własnym sumieniem.
choć może na tym polega sukces
- na pogodzeniu się ze swoim zakłamaniem i zewnętrzną grą pozorów.
zapewne tak jest w tej niefortunnej branży.
cóż, ja od tego odstaje, więc wychodzę, na razie. tak właśnie smakują błędy: dramatem wewnętrznym.
czwartek, 8 grudnia 2016
idą święta - przez wielu z nas uwielbiany okres w roku. "uwielbiany" piszę z lekkim przekąsem i delikatną dozą ironii. wszak święta mają wiele pozytywnych aspektów - w końcu w domu jest coś więcej do jedzenia niż piwo i parówki, spotykamy się z najbliższymi (nawet z tymi, z którymi wcale nie mamy ochoty) i tak dalej... co jest równie ważne, jak nie najważniejsze
p o m a g a m y.
święta, jak żaden inny czas w roku, jest nagłym pretekstem do składania ton niezbędnych do życia produktów higienicznych i żywnościowych na szczytne cele, wydawania tysięcy polskich złotych na braci mniejszych i większych. w tym roku nawet udało mi się poznać miejsce, które funduje lepsze życie również doniczkowej florze [tu podziękowania dla A.]
dziwne.
czy mikołaje, choinki, gwiazdki, wykreowana od dziecka świadomość narodzin dzieciątka sprzed dwóch tysięcy lat, aż tak sugestywnie wpływają na wyobraźnie przeciętnego człowieka?
trzeba być chyba przy okazji wierzącym, bo na mnie to nie działa.
bodźcem do napisania tej notki była pewna k o n s o l a.
ale od początku:
jednym z tych pięknych przedświątecznych przedsięwzięć jest tzw. "szlachetna paczka", która jak sama o sobie mówi "dociera do prawdziwej biedy". brzmi pompatycznie. możemy na stronie akcji pobrać raport specjalny mówiący o biedzie w naszym pięknym kraju. ale myślę, że w praktyce to namacalnie możemy się o niej przekonać bez głębszych analiz takich raportów.
można też poczytać krótkie, wzruszające historie o ludziach marzących o kościach na zupę o ludziach jedzących kromkę chleba na śniadanie, przez które, jak sugeruje strona, nie zmrużymy oka w nocy.
rzecz jasna nie neguje istnienia takich ludzi, historii ani tym bardziej palącej potrzeby niesienia pomocy każdemu, kto nie tylko takiej pomocy potrzebuje, ale przede wszystkim o nią prosi.
jest tylko jedna mała drobnostka, która nie daje mi spokoju:
jeśli ktoś prosi o kości na zupy, a ktoś o konsolę, a oboje są na tej samej liście potrzebujących...
no to chyba, kurwa, coś jest nie tak.
uczestniczyłam w organizacji takiej paczki dla pewnej rodziny. o rodzinie również można było przeczytać specjalny raport, wnikliwie go przejrzeć i przeanalizować. wybrać sobie obdarowanego z "listy biedy". niestety nie ja dokonywałam wyboru, ale teraz wiem, że wolałabym wydać te pieniądze na hospicjum albo chociażby dom samotnej matki.
o obecnej sytuacji w Polsce nie trzeba przypominać: oglądamy raport o biedzie. potem słyszymy głosy o tym, że w Polsce rośnie dobrobyt. wczoraj czytałam artykuł o tym, że aż 150 tysięcy kobiet odeszło z pracy przez program 500 plus. a w międzyczasie trafiła się ta rodzina.
rodzina, w której oboje rodziców nie pracuje, wychowuje trójkę dzieci, oczekuje na narodziny czwartego potomka. głowa rodziny "stara się jak może". doskonale wiem i rozumiem, że w życiu są różne sytuacje, przez które nie możemy czasem dojść do dobrobytu, albo czasem i wylądować na ulicy... ale "robienie sobie" czwartego dziecka, kiedy ledwo stać kogoś na to pierwsze, w czasach kiedy antykoncepcja jest ogólnodostępna i rzadko zawodna... to przepraszam bardzo, ale jest to skończony debilizm. jawne pasożytnictwo na obywatelach [chcąc nie chcąc] płacących podatki.
[spróbuj to powiedzieć na głos, gdy wszyscy już kupują z entuzjazmem podarki świąteczne dla tej cierpiącej rodziny. wyjdziesz na barbarzyńcę, człowieka bez serca, skończonego nihilistę, zgiń i umrzyj, przepadnij, zdechnij]
pieluchy, pampersy, chusteczki, puszki, ubranka dla niemowląt, sucha karma OK. środki higieniczne. OK. mikrofalówka. OK. zabawki dla dzieci. milion par butów dla miliona dzieci. wędkarskie akcesoria dla głowy rodziny. robi się ciekawiej.
perfumy.
KONSOLA.
patrzę i nie wierzę. konsola, serio?
no tak, niby nic takiego.
dzieciak powinien mieć konsolę. szczególnie taki co ma 10 lat.
dobrze, że na liście nie znalazły się jeszcze iphone, ipad.
co tam jeszcze teraz trzeba mieć?
wiadomo, nawet jak rodzina jest patologiczna i zrobi sobie kolejną dziesiątkę dzieci na przestrzeni 5 lat (nawet jeśli nie jest to fizycznie możliwe, na pewno będzie to przyjemniejszy sposób zarabiania pieniędzy od rządu, aniżeli pójście do pracy do McDonnalda czy KFC), to i tak dzieci jest najbardziej szkoda i żal. dzieci są niewinne, nie mogą cierpieć za głupotę rodziców.
ale czy dokarmianie takiego nieróbstwa jest fair? czy pasienie pasożyta jest w porządku?
niestety tuż przed marną wypłatą spłukałam się na rzecz Karyn i Sebastianów, którzy nie chcą ruszyć dupali do roboty, tylko by się rozmnażali w imię socjalu. dodatkowo pierwszy raz naprawdę nie czuję satysfakcji z niesienia pomocy.
myślę o tych wszystkich osobach, które nie mieszczą się w kryteriach ustalonych przez rząd na socjalną pomoc, bez 500 plusów, bez szlachetnych paczek, którym nie mogę pomóc, bo się spłukałam. myślę o osobach bez kurtek i bez rękawiczek, bez śniadań.
myślę o tych, który pracując za 3 tysiące (pensja i 1/3 pensji) muszą naprawić auto, które kosztowało 3 tysiące. jednocześnie myślę o szefach, którzy muszą zapłacić 30 tysięcy za naprawę w autoryzowanym serwisie za auto kosztujące 100 tysięcy.
no i kurwica mnie strzela.
jingle bells & merry xmas.
nieście pomoc trochę mądrzej.
p o m a g a m y.
święta, jak żaden inny czas w roku, jest nagłym pretekstem do składania ton niezbędnych do życia produktów higienicznych i żywnościowych na szczytne cele, wydawania tysięcy polskich złotych na braci mniejszych i większych. w tym roku nawet udało mi się poznać miejsce, które funduje lepsze życie również doniczkowej florze [tu podziękowania dla A.]
dziwne.
czy mikołaje, choinki, gwiazdki, wykreowana od dziecka świadomość narodzin dzieciątka sprzed dwóch tysięcy lat, aż tak sugestywnie wpływają na wyobraźnie przeciętnego człowieka?
trzeba być chyba przy okazji wierzącym, bo na mnie to nie działa.
bodźcem do napisania tej notki była pewna k o n s o l a.
ale od początku:
jednym z tych pięknych przedświątecznych przedsięwzięć jest tzw. "szlachetna paczka", która jak sama o sobie mówi "dociera do prawdziwej biedy". brzmi pompatycznie. możemy na stronie akcji pobrać raport specjalny mówiący o biedzie w naszym pięknym kraju. ale myślę, że w praktyce to namacalnie możemy się o niej przekonać bez głębszych analiz takich raportów.
można też poczytać krótkie, wzruszające historie o ludziach marzących o kościach na zupę o ludziach jedzących kromkę chleba na śniadanie, przez które, jak sugeruje strona, nie zmrużymy oka w nocy.
rzecz jasna nie neguje istnienia takich ludzi, historii ani tym bardziej palącej potrzeby niesienia pomocy każdemu, kto nie tylko takiej pomocy potrzebuje, ale przede wszystkim o nią prosi.
jest tylko jedna mała drobnostka, która nie daje mi spokoju:
jeśli ktoś prosi o kości na zupy, a ktoś o konsolę, a oboje są na tej samej liście potrzebujących...
no to chyba, kurwa, coś jest nie tak.
uczestniczyłam w organizacji takiej paczki dla pewnej rodziny. o rodzinie również można było przeczytać specjalny raport, wnikliwie go przejrzeć i przeanalizować. wybrać sobie obdarowanego z "listy biedy". niestety nie ja dokonywałam wyboru, ale teraz wiem, że wolałabym wydać te pieniądze na hospicjum albo chociażby dom samotnej matki.
o obecnej sytuacji w Polsce nie trzeba przypominać: oglądamy raport o biedzie. potem słyszymy głosy o tym, że w Polsce rośnie dobrobyt. wczoraj czytałam artykuł o tym, że aż 150 tysięcy kobiet odeszło z pracy przez program 500 plus. a w międzyczasie trafiła się ta rodzina.
rodzina, w której oboje rodziców nie pracuje, wychowuje trójkę dzieci, oczekuje na narodziny czwartego potomka. głowa rodziny "stara się jak może". doskonale wiem i rozumiem, że w życiu są różne sytuacje, przez które nie możemy czasem dojść do dobrobytu, albo czasem i wylądować na ulicy... ale "robienie sobie" czwartego dziecka, kiedy ledwo stać kogoś na to pierwsze, w czasach kiedy antykoncepcja jest ogólnodostępna i rzadko zawodna... to przepraszam bardzo, ale jest to skończony debilizm. jawne pasożytnictwo na obywatelach [chcąc nie chcąc] płacących podatki.
[spróbuj to powiedzieć na głos, gdy wszyscy już kupują z entuzjazmem podarki świąteczne dla tej cierpiącej rodziny. wyjdziesz na barbarzyńcę, człowieka bez serca, skończonego nihilistę, zgiń i umrzyj, przepadnij, zdechnij]
pieluchy, pampersy, chusteczki, puszki, ubranka dla niemowląt, sucha karma OK. środki higieniczne. OK. mikrofalówka. OK. zabawki dla dzieci. milion par butów dla miliona dzieci. wędkarskie akcesoria dla głowy rodziny. robi się ciekawiej.
perfumy.
KONSOLA.
patrzę i nie wierzę. konsola, serio?
no tak, niby nic takiego.
dzieciak powinien mieć konsolę. szczególnie taki co ma 10 lat.
dobrze, że na liście nie znalazły się jeszcze iphone, ipad.
co tam jeszcze teraz trzeba mieć?
wiadomo, nawet jak rodzina jest patologiczna i zrobi sobie kolejną dziesiątkę dzieci na przestrzeni 5 lat (nawet jeśli nie jest to fizycznie możliwe, na pewno będzie to przyjemniejszy sposób zarabiania pieniędzy od rządu, aniżeli pójście do pracy do McDonnalda czy KFC), to i tak dzieci jest najbardziej szkoda i żal. dzieci są niewinne, nie mogą cierpieć za głupotę rodziców.
ale czy dokarmianie takiego nieróbstwa jest fair? czy pasienie pasożyta jest w porządku?
niestety tuż przed marną wypłatą spłukałam się na rzecz Karyn i Sebastianów, którzy nie chcą ruszyć dupali do roboty, tylko by się rozmnażali w imię socjalu. dodatkowo pierwszy raz naprawdę nie czuję satysfakcji z niesienia pomocy.
myślę o tych wszystkich osobach, które nie mieszczą się w kryteriach ustalonych przez rząd na socjalną pomoc, bez 500 plusów, bez szlachetnych paczek, którym nie mogę pomóc, bo się spłukałam. myślę o osobach bez kurtek i bez rękawiczek, bez śniadań.
myślę o tych, który pracując za 3 tysiące (pensja i 1/3 pensji) muszą naprawić auto, które kosztowało 3 tysiące. jednocześnie myślę o szefach, którzy muszą zapłacić 30 tysięcy za naprawę w autoryzowanym serwisie za auto kosztujące 100 tysięcy.
no i kurwica mnie strzela.
jingle bells & merry xmas.
nieście pomoc trochę mądrzej.
poniedziałek, 28 listopada 2016
Myślę o stworzeniu jakiegoś alternatywnego świata, w alternatywnej przestrzeni internetu, dla mojego alternatywnego artystycznego alter-ego. na potrzeby osób trzecich, które tego potrzebują, bo ja nie potrzebuję, co czyni mnie w ich mniemaniu gorsza, lub poniekąd n i e i s t n i e j ą c ą.
Tak się popieprzyło Proszę Państwa na tej planecie, by teraz istnieć musisz stworzyć dla siebie odpowiednie opakowanie, prezentację, parę słów o sobie i zamieścić je w internecie.
Pamiętając o tym, że każdy artysta to ekshibicjonista.
Tu troszkę myślę jak faktycznie jest z tym otwieraniem się, pokazywaniem, rozbieraniem się.
Myślę o BOHATERZE, znacie go, prawda?
Bohater - twór pani Małgorzaty Haber. Smutne rysunki na paragonach, przedstawiające dziwne stworzonko - alter-ego autorki, które dzieli się z nami czarnymi myślami. Długo pozostawał anonimowym stworzonkiem i w sumie póki był anonimowy to również dzieliłam sympatię dla tego tworu. Potem pojawiła się pani Małgorzata, ujawniła się.
Później powstała książka, która dobrze się sprzedaje, bo co tu innego sprzedać społeczeństwu, które brzydzi się literaturą - notes z białymi kartkami, które trzeba zniszczyć lub notes z destruktywnymi myślami anonimowego bohatera z internetu.
Myślę, że pani Małgorzata więcej zyskała na tym szczerym do bólu Bohaterze, aniżeli na współpracy z telewizyjną stacją muzyczną. Dlaczego?
Bo się rozebrała. Pokazała tego paskudnego zwierzaczka, którego każdy z nas ma w sobie.
Potem poopowiadała o swojej depresji. Czy to ją uleczyło? Co sprawia, że tak delikatne, wrażliwe i pełne smutku osoby chcą się uzewnętrzniać i mówić głośno o tym?
Na tym świecie smutek wygrywa, bo dotyczy każdego. Każdy może się z nim identyfikować.
Ale świat to także satyra, nie tylko ciągnące się dramaty.
Prawdziwy dramat zaczyna się wtedy, kiedy idziesz pod prąd.
Tak się popieprzyło Proszę Państwa na tej planecie, by teraz istnieć musisz stworzyć dla siebie odpowiednie opakowanie, prezentację, parę słów o sobie i zamieścić je w internecie.
Pamiętając o tym, że każdy artysta to ekshibicjonista.
Tu troszkę myślę jak faktycznie jest z tym otwieraniem się, pokazywaniem, rozbieraniem się.
Myślę o BOHATERZE, znacie go, prawda?
Bohater - twór pani Małgorzaty Haber. Smutne rysunki na paragonach, przedstawiające dziwne stworzonko - alter-ego autorki, które dzieli się z nami czarnymi myślami. Długo pozostawał anonimowym stworzonkiem i w sumie póki był anonimowy to również dzieliłam sympatię dla tego tworu. Potem pojawiła się pani Małgorzata, ujawniła się.
Później powstała książka, która dobrze się sprzedaje, bo co tu innego sprzedać społeczeństwu, które brzydzi się literaturą - notes z białymi kartkami, które trzeba zniszczyć lub notes z destruktywnymi myślami anonimowego bohatera z internetu.
Myślę, że pani Małgorzata więcej zyskała na tym szczerym do bólu Bohaterze, aniżeli na współpracy z telewizyjną stacją muzyczną. Dlaczego?
Bo się rozebrała. Pokazała tego paskudnego zwierzaczka, którego każdy z nas ma w sobie.
Potem poopowiadała o swojej depresji. Czy to ją uleczyło? Co sprawia, że tak delikatne, wrażliwe i pełne smutku osoby chcą się uzewnętrzniać i mówić głośno o tym?
Na tym świecie smutek wygrywa, bo dotyczy każdego. Każdy może się z nim identyfikować.
Ale świat to także satyra, nie tylko ciągnące się dramaty.
Prawdziwy dramat zaczyna się wtedy, kiedy idziesz pod prąd.
wtorek, 15 listopada 2016
patologie
rozmówki patologiczne cz.1, cmentarz, zeszłoroczny listopad:
"obserwuję Cię. kiedy osiągniesz sukces?"
"hm. nigdy."
[tu następuje wymiana skonsternowanych spojrzeń i złowrogich
oczu sądzących fizjonomie mą.
następnie: nerwowy śmieszek żałośniejszy niż płacz, po
którym
przechodzimy do całkiem darmowej lekcji coachingu rozwoju
osobistego niepotrzebnej nikomu]
_
do dziś sobie myślę: jaki kurwa sukces?
spotkania rodzinne to znana powszechnie trauma. traumy
zostają na umyśle upośledzając go w różnych stopniach. moje kontakty z
niektórymi ludźmi też tak na mnie działają. jakby ktoś mi wbijał tępe narzędzie
w mózg.
skąd to pytanie? skąd to pragnienie sukcesu. czym on jest?
to też dosyć osobista kwestia. "obserwuję..." - mnie? nie lubię się
pokazywać. nawet pisanie mnie krępuje. podglądasz, jeśli już.
paradoks introwertyka: a) nie uzewnętrzniaj się, bo tak będzie lepiej
b) uzewnętrzniaj się, bo tak bardzo chcą Cie oglądać i
oceniać. / ale co tu właściwie oglądać?
ludzie po prostu lubią patrzeć na wszystko czym nie jest ich
życie. chętnie obejrzą jak schudniesz do 30 kg, albo umrzesz na raka, bo to w
jakimś stopniu jest mocniej podniecające niż ich własne flaki. pooglądają to
z lubieżnej ciekawości mimo że naprawdę gówno ich to interesuje. zapewne ja też taka
jestem, i Ty też, szanowny czytelniku. choć bywają i wrażliwe, angażujące się
przypadki internetowych dramatów.
_
rozmówki patologiczne cz.2, samozwańcza szkoła, tegoroczny
listopad
"jeśli się wstydzisz. wyjdź. tu nie ma miejsca na
wstyd. ludzie w tym zawodzie to ekshibicjoniści. oni kochają się pokazywać, to
jest ich praca, to jest ich styl życia"
branża modowa to dziwka.
do tego całego ekshibicjonizmu jest potrzebne jakieś niezachwiane poczucie własnej wartości. tak bardzo współczuję tym ludziom, kiedy przekonają się, że tak naprawdę ich realna wartość nie ma nic wspólnego z imaginacją własnego ja. sprzedajna dziwka, gówno w złotym papierku, którą ktoś kiedyś omyłkowo nazwał sztuką.
podobno urodziliśmy się po to, żeby sięgać wysoko.
naprawdę?
szkoda, bo jestem dość niska.
do tego całego ekshibicjonizmu jest potrzebne jakieś niezachwiane poczucie własnej wartości. tak bardzo współczuję tym ludziom, kiedy przekonają się, że tak naprawdę ich realna wartość nie ma nic wspólnego z imaginacją własnego ja. sprzedajna dziwka, gówno w złotym papierku, którą ktoś kiedyś omyłkowo nazwał sztuką.
podobno urodziliśmy się po to, żeby sięgać wysoko.
naprawdę?
szkoda, bo jestem dość niska.
______________________
znowu tu publikuję. czyli oto po kawałeczku będę się
rozbierać przed nieistniejącą publicznością.
zapraszam na egzystencjalny striptiz.
czwartek, 3 listopada 2016
jak być zaradnym w życiu
miały być frustracje, ale występują tylko anomalie, które co dzień przygnębiają mnie i zniechęcają do dalszego wychodzenia z domu. dlatego założyłam CIEBIE PAMIĘTNICZKU. mówię to z pogardą, gdyż prowadzenie pamiętnika internetowego jest co najmniej żałosne, ale cóż bywa, jakiś pierwiastek żałosności istnieje w każdym z nas.
obserwuję te żałosności i niejednokrotnie stwierdzam, że mimo wszystko - jednak nie jest ze mną tak źle. obserwuję i widzę różne (a)społeczne ciekawostki, które przyprawiają mnie o bynajmniej lekką trwogę.
na przykład - ludzie rozdający ulotki.
damn. tak sobie myślę.
jak bardzo trzeba być nieporadnym, żeby nie podołać tak prostemu zadaniu, jak tak zwany kolportaż materiałów reklamowych, które zaraz i tak wylądują w śmietniku?
już pomijam wręczanie ulotek z zamaszystym gestem, uśmiechem i jakąś pseudo-zachętą typu "uwaga. darmo skarpety" tudzież "lekcja angielskiego gratis".
niejednokrotnie mijam takie sieroty boże, które [chyba] wstydzą się samego faktu, że istnieją. trzymają nieszczęsne te pliki ulotek, stojąc na zimnie / w deszczu / niedługo pewnie i w śniegu, i wolą chyba tak sobie marznąć, moknąć niż wykonywać swoją robotę.
co jest mocniej upokarzające - dawanie ludziom ulotek czy stanie na mrozie jak pizda?
rozumiem ich niewygodne położenie. nie żebym czuła się lepsza - nienienie, właśnie NIE o to się rozchodzi. raczej o to, że to nic złego, ani wstydliwego rozdawać ulotki.
to prozaiczna i w dodatku całkiem nudna sprawa.
jaki jest % szans, że ktokolwiek zapamięta twarz ulicznego kolportera? jakiś geniusz z fotogeniczną pamięcią - może. a kto w ogóle na Ciebie spojrzy? w sumie, mało kto.
patrzę na nich i trochę mi jest ich szkoda, bo biorę zawsze wszystko od wszystkich, no, chyba, że chcą pieniądze, to wtedy nie biorę, bo zwyczajnie żal mi pieniędzy, których nie mam.
ale oni nie chcą nawet dać.
to tak przed świątecznie. zawsze na święta czuję ten smak upokorzenia w ustach, gdy przypomina mi się, kiedy razem z innymi dziewczynami w przebraniach aniołków sprzedawałyśmy opłatki za takie skromne sumy jak 20 zł za jedno opakowanie z siankiem. niby pod szyldem szczytnego celu - zawsze tak myślałam, że to na zwierzątka czy dzieci z domu dziecka. tak się mówi, ale to jedna wielka ściema. jakbyście się zastanawiali, kto bierze za to kasę, to jest to jakaś Ilona wymalowana pomarańczowym świecącym fluidem i z wyskubanymi brwiami na szerokość 2mm, podrysowanymi czarną kredką.
ale dałam radę. uśmiechałam się, ubrana jak debil, w aureolkę. w środku piekł mnie wstyd, ale przeżyłam.
dziś jestem milionerką.
oczywiście żartowałam, dalej jestem nikim, ale jestem w tym dobra.
obserwuję te żałosności i niejednokrotnie stwierdzam, że mimo wszystko - jednak nie jest ze mną tak źle. obserwuję i widzę różne (a)społeczne ciekawostki, które przyprawiają mnie o bynajmniej lekką trwogę.
na przykład - ludzie rozdający ulotki.
damn. tak sobie myślę.
jak bardzo trzeba być nieporadnym, żeby nie podołać tak prostemu zadaniu, jak tak zwany kolportaż materiałów reklamowych, które zaraz i tak wylądują w śmietniku?
już pomijam wręczanie ulotek z zamaszystym gestem, uśmiechem i jakąś pseudo-zachętą typu "uwaga. darmo skarpety" tudzież "lekcja angielskiego gratis".
niejednokrotnie mijam takie sieroty boże, które [chyba] wstydzą się samego faktu, że istnieją. trzymają nieszczęsne te pliki ulotek, stojąc na zimnie / w deszczu / niedługo pewnie i w śniegu, i wolą chyba tak sobie marznąć, moknąć niż wykonywać swoją robotę.
co jest mocniej upokarzające - dawanie ludziom ulotek czy stanie na mrozie jak pizda?
rozumiem ich niewygodne położenie. nie żebym czuła się lepsza - nienienie, właśnie NIE o to się rozchodzi. raczej o to, że to nic złego, ani wstydliwego rozdawać ulotki.
to prozaiczna i w dodatku całkiem nudna sprawa.
jaki jest % szans, że ktokolwiek zapamięta twarz ulicznego kolportera? jakiś geniusz z fotogeniczną pamięcią - może. a kto w ogóle na Ciebie spojrzy? w sumie, mało kto.
patrzę na nich i trochę mi jest ich szkoda, bo biorę zawsze wszystko od wszystkich, no, chyba, że chcą pieniądze, to wtedy nie biorę, bo zwyczajnie żal mi pieniędzy, których nie mam.
ale oni nie chcą nawet dać.
to tak przed świątecznie. zawsze na święta czuję ten smak upokorzenia w ustach, gdy przypomina mi się, kiedy razem z innymi dziewczynami w przebraniach aniołków sprzedawałyśmy opłatki za takie skromne sumy jak 20 zł za jedno opakowanie z siankiem. niby pod szyldem szczytnego celu - zawsze tak myślałam, że to na zwierzątka czy dzieci z domu dziecka. tak się mówi, ale to jedna wielka ściema. jakbyście się zastanawiali, kto bierze za to kasę, to jest to jakaś Ilona wymalowana pomarańczowym świecącym fluidem i z wyskubanymi brwiami na szerokość 2mm, podrysowanymi czarną kredką.
ale dałam radę. uśmiechałam się, ubrana jak debil, w aureolkę. w środku piekł mnie wstyd, ale przeżyłam.
dziś jestem milionerką.
oczywiście żartowałam, dalej jestem nikim, ale jestem w tym dobra.
poniedziałek, 24 października 2016
dotacje na frustracje
Jesteś na diecie i masz pół godziny do pociągu na stacji pociągów Warszawa Śródmieście.
Całe szczęście takie przypadki zdarzają się rzadko, ponieważ jest to istny j e d z e n i o w y raj.
Sytuacja wygląda mniej więcej tak:
Masz w kieszeni mała fortunę. Powiedzmy w postaci 3 banknotów o nominale 100 PLN lub 10.
Za taką kasę mógłbyś wykupić wszystkowszystkowszystko.
Bułeczkę jogurtową, a może jednak rogalik z karmelem, a może pączek bez niczego. Czujesz się [prawie] jak nadczłowiek.
5 sklepów ze słodkimi bułeczkami na jednej stacji.
Za taką kasę mógłbyś wykupić wszystkowszystkowszystko.
Bułeczkę jogurtową, a może jednak rogalik z karmelem, a może pączek bez niczego. Czujesz się [prawie] jak nadczłowiek.
5 sklepów ze słodkimi bułeczkami na jednej stacji.
Niesamowite.
Powstrzymujesz się.
Powstrzymujesz się.
W końcu chcesz dbać o linie. Nic innego tylko lukier i cukier puder, a potem będą znowu
gnębić Cię Ewy Chodakowskie i tym podobne z monitora, telewizji, telebimów.
Czas jednak nie pozwala przetopić złota na tłuszcz i zostajesz Panem / Panią
świata z gotówką w portfelu i powstrzymujesz swoje zwierzęco - cukrzycowe zapędy.
Taki bogaty i z silną wolą.
W końcu przyjeżdża pociąg i wnet znikają megalomańskie złudzenia.
KM ma Cię za takiego cienkiego śmiecia, że nie zostawia nawet miejsca na połowę Twojej osoby między siedzeniami.
Dla maluczkich tego wszechświata po 5 cm na jedną nogę i 5 cm na drugą, a nie daj Boże, jak ktoś się dosiądzie, to trzeba będzie poddać natychmiastowej amputacji rękę, nogę, głowę, tułów. Mimo że przyznajesz, marzyłeś o tych lukrowanych drożdżówkach, jeszcze nie jesteś aż tak gruby, aby nie mieścić się w standardowe miejsce dla standardowego dupska zupełnie przeciętnego człowieka. Zaczynasz odczuwać ulgę - powstrzymałeś się przed tym cukierkowym szczęściem. Rozmiar 40 w realiach KM nie przejdzie, za to może wywoływać bulimie i wyrzuty sumienia spowodowane ewentualnym spożyciem.
Wygląda na to, że nie ma miejsca dla grubszych w naszym społeczeństwie.
Taki bogaty i z silną wolą.
W końcu przyjeżdża pociąg i wnet znikają megalomańskie złudzenia.
KM ma Cię za takiego cienkiego śmiecia, że nie zostawia nawet miejsca na połowę Twojej osoby między siedzeniami.
Dla maluczkich tego wszechświata po 5 cm na jedną nogę i 5 cm na drugą, a nie daj Boże, jak ktoś się dosiądzie, to trzeba będzie poddać natychmiastowej amputacji rękę, nogę, głowę, tułów. Mimo że przyznajesz, marzyłeś o tych lukrowanych drożdżówkach, jeszcze nie jesteś aż tak gruby, aby nie mieścić się w standardowe miejsce dla standardowego dupska zupełnie przeciętnego człowieka. Zaczynasz odczuwać ulgę - powstrzymałeś się przed tym cukierkowym szczęściem. Rozmiar 40 w realiach KM nie przejdzie, za to może wywoływać bulimie i wyrzuty sumienia spowodowane ewentualnym spożyciem.
Wygląda na to, że nie ma miejsca dla grubszych w naszym społeczeństwie.
Nawet w jebanym pociągu. Tym bardziej Kolei Mazowieckich. Cóż, przykro.
Tam nie ma miejsca nawet dla przeciętnego człowieka ceniącego sobie jakąkolwiek
przestrzeń osobistą.