czwartek, 3 listopada 2016

jak być zaradnym w życiu

miały być frustracje, ale występują tylko anomalie, które co dzień przygnębiają mnie i zniechęcają do dalszego wychodzenia z domu. dlatego założyłam CIEBIE PAMIĘTNICZKU. mówię to z pogardą, gdyż prowadzenie pamiętnika internetowego jest co najmniej żałosne, ale cóż bywa, jakiś pierwiastek żałosności istnieje w każdym z nas.

obserwuję te żałosności i niejednokrotnie stwierdzam, że mimo wszystko - jednak nie jest ze mną tak źle. obserwuję i widzę różne (a)społeczne ciekawostki, które przyprawiają mnie o bynajmniej lekką trwogę.

na przykład - ludzie rozdający ulotki.

damn. tak sobie myślę.
jak bardzo trzeba być nieporadnym, żeby nie podołać tak prostemu zadaniu, jak tak zwany kolportaż materiałów reklamowych, które zaraz i tak wylądują w śmietniku?

już pomijam wręczanie ulotek z zamaszystym gestem, uśmiechem i jakąś pseudo-zachętą typu "uwaga. darmo skarpety" tudzież "lekcja angielskiego gratis".

 niejednokrotnie mijam takie sieroty boże, które [chyba] wstydzą się samego faktu, że istnieją. trzymają nieszczęsne te pliki ulotek, stojąc na zimnie / w deszczu / niedługo pewnie i w śniegu, i wolą chyba tak sobie marznąć, moknąć niż wykonywać swoją robotę.

co jest mocniej upokarzające - dawanie ludziom ulotek czy stanie na mrozie jak pizda?

rozumiem ich niewygodne położenie. nie żebym czuła się lepsza - nienienie, właśnie NIE o to się rozchodzi. raczej o to, że to nic złego, ani wstydliwego rozdawać ulotki.

to prozaiczna i w dodatku całkiem nudna sprawa.

jaki jest % szans, że ktokolwiek zapamięta twarz ulicznego kolportera? jakiś geniusz z fotogeniczną pamięcią - może. a kto w ogóle na Ciebie spojrzy? w sumie, mało kto.

patrzę na nich i trochę mi jest ich szkoda, bo biorę zawsze wszystko od wszystkich, no, chyba, że chcą pieniądze, to wtedy nie biorę, bo zwyczajnie żal mi pieniędzy, których nie mam.
ale oni nie chcą nawet dać.


to tak przed świątecznie. zawsze na święta czuję ten smak upokorzenia w ustach, gdy przypomina mi się, kiedy razem z innymi dziewczynami w przebraniach aniołków sprzedawałyśmy opłatki za takie skromne sumy jak 20 zł za jedno opakowanie z siankiem. niby pod szyldem szczytnego celu - zawsze tak myślałam, że to na zwierzątka czy dzieci z domu dziecka. tak się mówi, ale to jedna wielka ściema. jakbyście się zastanawiali, kto bierze za to kasę, to jest to jakaś Ilona wymalowana pomarańczowym świecącym fluidem i z wyskubanymi brwiami na szerokość 2mm, podrysowanymi czarną kredką.

ale dałam radę. uśmiechałam się, ubrana jak debil, w aureolkę. w środku piekł mnie wstyd, ale przeżyłam.

dziś jestem milionerką.




oczywiście żartowałam, dalej jestem nikim, ale jestem w tym dobra.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz