przecinamy czerwoną Ibizą wzdłuż ulicy Madalińskiego
mijamy szpital profesora Chazana,
cały mieni się na czerwono, podświetlony reflektorami
mówię do M.: - PATRZ. tu się urodziłam
M.: - w tym burdelu?!
/ nawet nie wiedział jak bardzo miał racje
Aberracja (łac. ab – od i errare – błądzić, także aberratio – zabłąkanie się, zbłądzenie) – odchylenie, zboczenie, np. od normalnego stanu, zachowania, przyjętych norm postępowania, sposobu myślenia czy też działania jakiegoś urządzenia. Odstępstwo od normy lub zasady. Frustracja - znasz to.
czwartek, 15 grudnia 2016
wtorek, 13 grudnia 2016
uczę się w szkole mody, fachu, który z nauką ma bardzo mało wspólnego;- bycia gwiazdą.
social media, wzajemne komplementowanie się, budowanie relacji, które mogą potem przełożyć się na sukces zawodowy - tego muszę wysłuchiwać przez ostatnie pół roku od, pożal się boże, bizneswoman, która jako projektantka sukcesu zawodowego nie zbudowała.
i jak się okazuje, co dalsze moje smutne życie zweryfikuje pojawia się bardzo uniwersalna teza w branży: prawda jest bezużyteczna, nie opłaca się być szczerym - takie jest zdanie osób sukcesu.
OK. przyznam się: boli mnie przebywanie w tym zakłamanym środowisku, przeklinam wręcz dzień w którym postanowiłam, że nie chcę zmarnować młodzieńczego zapału na edukację rzeczy bliżej nieokreślonych i nie interesujących mnie, na rzecz czegoś atrakcyjnego, barwnego [jak się wtedy wydawało] - projektowania mody.
gap year jednak byłby lepszym rozwiązaniem.
T: "nie zawsze prawda nas wyzwoli"
[czuje się zdemaskowana. T widziała mnie nago? nawet jeśli napis w języku hebrajskim niewiele by jej powiedział. na żebrach mam wypisane mój dogmat 'prawda nas wyzwoli']
"nie opłaca mówić się prawdy"
[T jest psychologiem. właściwie była. myślę o jej obłudzie i byłych pacjentach. może ma racje. może nie warto mówić prawdy, komuś kto żyje kłamstwem]
tezę T zaraz podpiera przytoczona historia przez G:
podobno Karl Lagerfeld w jednym ze swoich wywiadów oznajmił, że szczerzy ludzie są zupełnie bezużyteczni. po co oni są? przyznał, że panicznie boi się ludzi bezwzględnie szczerych.
ale co to ma oznaczać: być względnie szczerym?
czy sukces zawsze oznacza bycie wyrafinowanym kłamcą pnącym się po kolejnych szczeblach sukcesu dzięki stworzonej przez siebie imaginacji własnej osoby i stosunków międzyludzkich?
jak można w ogóle patrzeć potem na siebie w lustrze?
żal mi ludzi, którzy nie żyją w zgodzie ze sobą i własnym sumieniem.
choć może na tym polega sukces
- na pogodzeniu się ze swoim zakłamaniem i zewnętrzną grą pozorów.
zapewne tak jest w tej niefortunnej branży.
cóż, ja od tego odstaje, więc wychodzę, na razie. tak właśnie smakują błędy: dramatem wewnętrznym.
social media, wzajemne komplementowanie się, budowanie relacji, które mogą potem przełożyć się na sukces zawodowy - tego muszę wysłuchiwać przez ostatnie pół roku od, pożal się boże, bizneswoman, która jako projektantka sukcesu zawodowego nie zbudowała.
i jak się okazuje, co dalsze moje smutne życie zweryfikuje pojawia się bardzo uniwersalna teza w branży: prawda jest bezużyteczna, nie opłaca się być szczerym - takie jest zdanie osób sukcesu.
OK. przyznam się: boli mnie przebywanie w tym zakłamanym środowisku, przeklinam wręcz dzień w którym postanowiłam, że nie chcę zmarnować młodzieńczego zapału na edukację rzeczy bliżej nieokreślonych i nie interesujących mnie, na rzecz czegoś atrakcyjnego, barwnego [jak się wtedy wydawało] - projektowania mody.
gap year jednak byłby lepszym rozwiązaniem.
T: "nie zawsze prawda nas wyzwoli"
[czuje się zdemaskowana. T widziała mnie nago? nawet jeśli napis w języku hebrajskim niewiele by jej powiedział. na żebrach mam wypisane mój dogmat 'prawda nas wyzwoli']
"nie opłaca mówić się prawdy"
[T jest psychologiem. właściwie była. myślę o jej obłudzie i byłych pacjentach. może ma racje. może nie warto mówić prawdy, komuś kto żyje kłamstwem]
tezę T zaraz podpiera przytoczona historia przez G:
podobno Karl Lagerfeld w jednym ze swoich wywiadów oznajmił, że szczerzy ludzie są zupełnie bezużyteczni. po co oni są? przyznał, że panicznie boi się ludzi bezwzględnie szczerych.
ale co to ma oznaczać: być względnie szczerym?
czy sukces zawsze oznacza bycie wyrafinowanym kłamcą pnącym się po kolejnych szczeblach sukcesu dzięki stworzonej przez siebie imaginacji własnej osoby i stosunków międzyludzkich?
jak można w ogóle patrzeć potem na siebie w lustrze?
żal mi ludzi, którzy nie żyją w zgodzie ze sobą i własnym sumieniem.
choć może na tym polega sukces
- na pogodzeniu się ze swoim zakłamaniem i zewnętrzną grą pozorów.
zapewne tak jest w tej niefortunnej branży.
cóż, ja od tego odstaje, więc wychodzę, na razie. tak właśnie smakują błędy: dramatem wewnętrznym.
czwartek, 8 grudnia 2016
idą święta - przez wielu z nas uwielbiany okres w roku. "uwielbiany" piszę z lekkim przekąsem i delikatną dozą ironii. wszak święta mają wiele pozytywnych aspektów - w końcu w domu jest coś więcej do jedzenia niż piwo i parówki, spotykamy się z najbliższymi (nawet z tymi, z którymi wcale nie mamy ochoty) i tak dalej... co jest równie ważne, jak nie najważniejsze
p o m a g a m y.
święta, jak żaden inny czas w roku, jest nagłym pretekstem do składania ton niezbędnych do życia produktów higienicznych i żywnościowych na szczytne cele, wydawania tysięcy polskich złotych na braci mniejszych i większych. w tym roku nawet udało mi się poznać miejsce, które funduje lepsze życie również doniczkowej florze [tu podziękowania dla A.]
dziwne.
czy mikołaje, choinki, gwiazdki, wykreowana od dziecka świadomość narodzin dzieciątka sprzed dwóch tysięcy lat, aż tak sugestywnie wpływają na wyobraźnie przeciętnego człowieka?
trzeba być chyba przy okazji wierzącym, bo na mnie to nie działa.
bodźcem do napisania tej notki była pewna k o n s o l a.
ale od początku:
jednym z tych pięknych przedświątecznych przedsięwzięć jest tzw. "szlachetna paczka", która jak sama o sobie mówi "dociera do prawdziwej biedy". brzmi pompatycznie. możemy na stronie akcji pobrać raport specjalny mówiący o biedzie w naszym pięknym kraju. ale myślę, że w praktyce to namacalnie możemy się o niej przekonać bez głębszych analiz takich raportów.
można też poczytać krótkie, wzruszające historie o ludziach marzących o kościach na zupę o ludziach jedzących kromkę chleba na śniadanie, przez które, jak sugeruje strona, nie zmrużymy oka w nocy.
rzecz jasna nie neguje istnienia takich ludzi, historii ani tym bardziej palącej potrzeby niesienia pomocy każdemu, kto nie tylko takiej pomocy potrzebuje, ale przede wszystkim o nią prosi.
jest tylko jedna mała drobnostka, która nie daje mi spokoju:
jeśli ktoś prosi o kości na zupy, a ktoś o konsolę, a oboje są na tej samej liście potrzebujących...
no to chyba, kurwa, coś jest nie tak.
uczestniczyłam w organizacji takiej paczki dla pewnej rodziny. o rodzinie również można było przeczytać specjalny raport, wnikliwie go przejrzeć i przeanalizować. wybrać sobie obdarowanego z "listy biedy". niestety nie ja dokonywałam wyboru, ale teraz wiem, że wolałabym wydać te pieniądze na hospicjum albo chociażby dom samotnej matki.
o obecnej sytuacji w Polsce nie trzeba przypominać: oglądamy raport o biedzie. potem słyszymy głosy o tym, że w Polsce rośnie dobrobyt. wczoraj czytałam artykuł o tym, że aż 150 tysięcy kobiet odeszło z pracy przez program 500 plus. a w międzyczasie trafiła się ta rodzina.
rodzina, w której oboje rodziców nie pracuje, wychowuje trójkę dzieci, oczekuje na narodziny czwartego potomka. głowa rodziny "stara się jak może". doskonale wiem i rozumiem, że w życiu są różne sytuacje, przez które nie możemy czasem dojść do dobrobytu, albo czasem i wylądować na ulicy... ale "robienie sobie" czwartego dziecka, kiedy ledwo stać kogoś na to pierwsze, w czasach kiedy antykoncepcja jest ogólnodostępna i rzadko zawodna... to przepraszam bardzo, ale jest to skończony debilizm. jawne pasożytnictwo na obywatelach [chcąc nie chcąc] płacących podatki.
[spróbuj to powiedzieć na głos, gdy wszyscy już kupują z entuzjazmem podarki świąteczne dla tej cierpiącej rodziny. wyjdziesz na barbarzyńcę, człowieka bez serca, skończonego nihilistę, zgiń i umrzyj, przepadnij, zdechnij]
pieluchy, pampersy, chusteczki, puszki, ubranka dla niemowląt, sucha karma OK. środki higieniczne. OK. mikrofalówka. OK. zabawki dla dzieci. milion par butów dla miliona dzieci. wędkarskie akcesoria dla głowy rodziny. robi się ciekawiej.
perfumy.
KONSOLA.
patrzę i nie wierzę. konsola, serio?
no tak, niby nic takiego.
dzieciak powinien mieć konsolę. szczególnie taki co ma 10 lat.
dobrze, że na liście nie znalazły się jeszcze iphone, ipad.
co tam jeszcze teraz trzeba mieć?
wiadomo, nawet jak rodzina jest patologiczna i zrobi sobie kolejną dziesiątkę dzieci na przestrzeni 5 lat (nawet jeśli nie jest to fizycznie możliwe, na pewno będzie to przyjemniejszy sposób zarabiania pieniędzy od rządu, aniżeli pójście do pracy do McDonnalda czy KFC), to i tak dzieci jest najbardziej szkoda i żal. dzieci są niewinne, nie mogą cierpieć za głupotę rodziców.
ale czy dokarmianie takiego nieróbstwa jest fair? czy pasienie pasożyta jest w porządku?
niestety tuż przed marną wypłatą spłukałam się na rzecz Karyn i Sebastianów, którzy nie chcą ruszyć dupali do roboty, tylko by się rozmnażali w imię socjalu. dodatkowo pierwszy raz naprawdę nie czuję satysfakcji z niesienia pomocy.
myślę o tych wszystkich osobach, które nie mieszczą się w kryteriach ustalonych przez rząd na socjalną pomoc, bez 500 plusów, bez szlachetnych paczek, którym nie mogę pomóc, bo się spłukałam. myślę o osobach bez kurtek i bez rękawiczek, bez śniadań.
myślę o tych, który pracując za 3 tysiące (pensja i 1/3 pensji) muszą naprawić auto, które kosztowało 3 tysiące. jednocześnie myślę o szefach, którzy muszą zapłacić 30 tysięcy za naprawę w autoryzowanym serwisie za auto kosztujące 100 tysięcy.
no i kurwica mnie strzela.
jingle bells & merry xmas.
nieście pomoc trochę mądrzej.
p o m a g a m y.
święta, jak żaden inny czas w roku, jest nagłym pretekstem do składania ton niezbędnych do życia produktów higienicznych i żywnościowych na szczytne cele, wydawania tysięcy polskich złotych na braci mniejszych i większych. w tym roku nawet udało mi się poznać miejsce, które funduje lepsze życie również doniczkowej florze [tu podziękowania dla A.]
dziwne.
czy mikołaje, choinki, gwiazdki, wykreowana od dziecka świadomość narodzin dzieciątka sprzed dwóch tysięcy lat, aż tak sugestywnie wpływają na wyobraźnie przeciętnego człowieka?
trzeba być chyba przy okazji wierzącym, bo na mnie to nie działa.
bodźcem do napisania tej notki była pewna k o n s o l a.
ale od początku:
jednym z tych pięknych przedświątecznych przedsięwzięć jest tzw. "szlachetna paczka", która jak sama o sobie mówi "dociera do prawdziwej biedy". brzmi pompatycznie. możemy na stronie akcji pobrać raport specjalny mówiący o biedzie w naszym pięknym kraju. ale myślę, że w praktyce to namacalnie możemy się o niej przekonać bez głębszych analiz takich raportów.
można też poczytać krótkie, wzruszające historie o ludziach marzących o kościach na zupę o ludziach jedzących kromkę chleba na śniadanie, przez które, jak sugeruje strona, nie zmrużymy oka w nocy.
rzecz jasna nie neguje istnienia takich ludzi, historii ani tym bardziej palącej potrzeby niesienia pomocy każdemu, kto nie tylko takiej pomocy potrzebuje, ale przede wszystkim o nią prosi.
jest tylko jedna mała drobnostka, która nie daje mi spokoju:
jeśli ktoś prosi o kości na zupy, a ktoś o konsolę, a oboje są na tej samej liście potrzebujących...
no to chyba, kurwa, coś jest nie tak.
uczestniczyłam w organizacji takiej paczki dla pewnej rodziny. o rodzinie również można było przeczytać specjalny raport, wnikliwie go przejrzeć i przeanalizować. wybrać sobie obdarowanego z "listy biedy". niestety nie ja dokonywałam wyboru, ale teraz wiem, że wolałabym wydać te pieniądze na hospicjum albo chociażby dom samotnej matki.
o obecnej sytuacji w Polsce nie trzeba przypominać: oglądamy raport o biedzie. potem słyszymy głosy o tym, że w Polsce rośnie dobrobyt. wczoraj czytałam artykuł o tym, że aż 150 tysięcy kobiet odeszło z pracy przez program 500 plus. a w międzyczasie trafiła się ta rodzina.
rodzina, w której oboje rodziców nie pracuje, wychowuje trójkę dzieci, oczekuje na narodziny czwartego potomka. głowa rodziny "stara się jak może". doskonale wiem i rozumiem, że w życiu są różne sytuacje, przez które nie możemy czasem dojść do dobrobytu, albo czasem i wylądować na ulicy... ale "robienie sobie" czwartego dziecka, kiedy ledwo stać kogoś na to pierwsze, w czasach kiedy antykoncepcja jest ogólnodostępna i rzadko zawodna... to przepraszam bardzo, ale jest to skończony debilizm. jawne pasożytnictwo na obywatelach [chcąc nie chcąc] płacących podatki.
[spróbuj to powiedzieć na głos, gdy wszyscy już kupują z entuzjazmem podarki świąteczne dla tej cierpiącej rodziny. wyjdziesz na barbarzyńcę, człowieka bez serca, skończonego nihilistę, zgiń i umrzyj, przepadnij, zdechnij]
pieluchy, pampersy, chusteczki, puszki, ubranka dla niemowląt, sucha karma OK. środki higieniczne. OK. mikrofalówka. OK. zabawki dla dzieci. milion par butów dla miliona dzieci. wędkarskie akcesoria dla głowy rodziny. robi się ciekawiej.
perfumy.
KONSOLA.
patrzę i nie wierzę. konsola, serio?
no tak, niby nic takiego.
dzieciak powinien mieć konsolę. szczególnie taki co ma 10 lat.
dobrze, że na liście nie znalazły się jeszcze iphone, ipad.
co tam jeszcze teraz trzeba mieć?
wiadomo, nawet jak rodzina jest patologiczna i zrobi sobie kolejną dziesiątkę dzieci na przestrzeni 5 lat (nawet jeśli nie jest to fizycznie możliwe, na pewno będzie to przyjemniejszy sposób zarabiania pieniędzy od rządu, aniżeli pójście do pracy do McDonnalda czy KFC), to i tak dzieci jest najbardziej szkoda i żal. dzieci są niewinne, nie mogą cierpieć za głupotę rodziców.
ale czy dokarmianie takiego nieróbstwa jest fair? czy pasienie pasożyta jest w porządku?
niestety tuż przed marną wypłatą spłukałam się na rzecz Karyn i Sebastianów, którzy nie chcą ruszyć dupali do roboty, tylko by się rozmnażali w imię socjalu. dodatkowo pierwszy raz naprawdę nie czuję satysfakcji z niesienia pomocy.
myślę o tych wszystkich osobach, które nie mieszczą się w kryteriach ustalonych przez rząd na socjalną pomoc, bez 500 plusów, bez szlachetnych paczek, którym nie mogę pomóc, bo się spłukałam. myślę o osobach bez kurtek i bez rękawiczek, bez śniadań.
myślę o tych, który pracując za 3 tysiące (pensja i 1/3 pensji) muszą naprawić auto, które kosztowało 3 tysiące. jednocześnie myślę o szefach, którzy muszą zapłacić 30 tysięcy za naprawę w autoryzowanym serwisie za auto kosztujące 100 tysięcy.
no i kurwica mnie strzela.
jingle bells & merry xmas.
nieście pomoc trochę mądrzej.